Reklama
  • Piątek, 8 stycznia 2016 (08:00)

    Saint Lucia - pojedź na Karaiby

W środkowej części Atlantyku, między Portoryko na północy a Wenezuelą na południu, ciągnie się pas Małych Antyli. Na mapie wygląda mniej więcej jak odwrócona litera L. Jedną z wysp archipelagu, koralem z rozerwanego sznura, jest Saint Lucia. Ta niewielka wyspa jest jednym z ostatnich miejsc na Karaibach, gdzie nie zapanował przemysł turystyczny. Przy rytmach muzyki reggae można odpocząć tu idealnie.

Kiedy z pokładu statku dostrzegam pierwszy raz dwie charakterystyczne spiczaste góry, Pitons, zastanawiam się, jak zareagowali na ten widok żeglarze Krzysztofa Kolumba w 1502 r. Była to ostatnia wyprawa odkrywcy Ameryki. Poważnie podczas niej zachorował, oczekiwanej drogi do Indii nie znalazł. Saint Lucia była ostatnim skrawkiem lądu przed skokiem przez Atlantyk w drodze powrotnej do Europy.

Reklama

Dzisiaj w stołecznym porcie niemal codziennie cumują luksusowe liniowce wożące turystów od wyspy do wyspy po Karaibach. Większość przybyszów to Amerykanie. To dla nich blisko, atrakcyjnie i dość tanio. Europejczyków spotyka się rzadziej. Dla nas to wyprawa życia.

Z daleka Saint Lucia wydaje się wyspą dziką i to pierwsze wrażenie nie znika po dopłynięciu do brzegu

W porównaniu z sąsiednią Martyniką, o najbardziej opanowanych przez turystów Jamajce, Dominikanie czy Kubie nawet nie wspomnę, tu są jeszcze naturalne Karaiby. Próżno szukać wielkich oaz hotelowych ogólnoświatowych sieci i nowoczesnych parków rozrywki. Co nie znaczy, że rozrywki nam tu zabraknie.

Tydzień na poznanie wszystkich uroków niewielkiej wyspy to mało. Jeśli lądujemy w Castries albo przybijamy tam do nabrzeża, trafiamy do jedynego sporego miasta Saint Lucii. I od razu doświadczamy wszystkimi zmysłami, że wszystko jest tu intensywne. Dźwięki – klaksony samochodów i skuterów oraz wszechobecna muzyka reggae (nie z płyt, ale grana na żywo, nawet na ulicy).

Zapachy – jakaś mieszanka przypraw, aromatów z ulicznych garkuchni i Bóg wie czego. Kolory – ostre na ubraniach i każdym skrawku czymkolwiek porośniętym, bardziej pastelowe na ścianach domów. Tu widać fantazję tubylców.

Chociaż, na szczęście, przemysł turystyczny jeszcze się tu nie rozwinął, to nie znaczy, że turyści są pozostawieni samym sobie. Tyle że, jak niemal wszędzie w strefie międzyzwrotnikowej, sprawy wzięli w swoje ręce obywatele. Dodaje to pewnego dreszczyku emocji i przeżywania prawdziwej przygody. Biur (a raczej biurek) turystycznych nie brakuje, a stragany z pamiątkami stoją nawet na plaży. Ich jakość jest taka jak wszędzie. Są potworki (większość), są rzeczy niewarte zapamiętania, są też prawdziwe cacuszka (rzadko).

Miejscowi dobrze znają rozkład rejsów. Wiedzą, że przy porcie trzeba być wtedy, gdy liniowce przypływają (chociaż część pasażerów ma wykupione wycieczki jeszcze na statku – oni są już „straceni”, i wtedy, gdy zbliża się czas wypłynięcia w morze. Wtedy często są robione ostatnie zakupy. W pośpiechu, bez przebierania w towarze i prawie bez targowania się.

Mieszkańcy wyspy są przyjaźni, sympatyczni, rozkołysani muzyką i uczciwi

Lubią porozmawiać, a przy okazji coś sprzedać albo zaprowadzić do zaprzyjaźnionej „agencji” organizującej wycieczki. Ale nie są natarczywi ani agresywni. Ot, przyjemne z pożytecznym. O Europie wiedzą mało, a Polski (Poland) nie mylą nawet z Holandią (Holand), jak w wielu odległych od Europy miejscach.

Daję się namówić na wycieczkę z „biurem” w niebieskim drewnianym domku, szopie raczej, ale polecanym w internecie. Wdrapiemy się na Piton, by zobaczyć zachód słońca, którego nie zapomnę nigdy. Jeśli mi się spodoba, pojedziemy następnym razem podglądać papugi żako i zjeżdżać na linie w specjalnej uprzęży z koron wysokich drzew. Spodobało się, i to jak! Zachód niezapomniany (choć wędrówka męcząca), papugi żyją naprawdę i można je z bliska obserwować, a zjazd na linie to przeżycie niepowtarzalne. Po pierwszym strachu szybko chce się to powtórzyć. I jeszcze, i jeszcze.

Żałuję, że nie nurkuję, bo okoliczne wody są wyjątkowe, a taką wyprawę zaproponowali mi po starej znajomości za pół darmo. Może jeszcze kiedyś, kto wie... Teraz czas na leniwe kiwanie się w rytmie reggae i popijanie miejscowego rumu. Żeby utrwalić wyjątkowe przeżycia zapewne na długie lata. Miała być wyprawa życia i była. Już wiem, że będę tęsknić...

MR

Świat & Ludzie
Więcej na temat:na | ocean atlantycki | Vincent | Lucio | Vincent

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.