Reklama
  • Środa, 20 stycznia 2016 (15:05)

    Wodospady Wiktorii - dymiący huk

Na większości map opisane są jako Wodospady Wiktorii, chociaż miejscowi wolą nazwę Mosi-oa-Tunya, czyli „Dym, który grzmi”. Faktycznie, rzeka Zambezi, która spada w tym miejscu z ponad 110-metrowej wysokości, wywołuje straszny huk, a tworząca się przy tym, przypominająca dym, chmura widoczna jest z wielu kilometrów. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO afrykańskie wodospady należą do największych na świecie.

Reklama

Zambezi to rzeka graniczna, tak więc wodospady można oglądać zarówno od strony Zambii, jak i Zimbabwe. Robią wrażenie – prawie dwa razy przewyższają amerykańską Niagarę, a i pod względem długości (mają 1,7 km) biją ją na głowę!

Oglądać je można na różne sposoby – ze specjalnie zbudowanych podestów i z helikoptera. Jeśli nie mamy lęku wysokości, jest nawet jedno miejsce, gdzie pod opieką wyszkolonych przewodników możemy położyć się w wodzie na krawędzi uskoku i wychylając głowę w czeluść tak zwanej Gardzieli Diabła patrzeć na spadające z impetem tony wody.

Można też zejść do wąwozu, który w ciągu tysięcy lat wydrążyła potężna rzeka i spłynąć nim pontonem – to jeden z najsłynniejszych w świecie, a zarazem najtrudniejszych raftingów, w którym szansa na wywrotkę pontonu jest naprawdę bardzo duża!

Współcześni turyści „odczarowali” wodospady

Dawniej tutejsze plemiona ani myślały schodzić do wąwozu, uważając go za miejsce święte. Wierzono, że to teren niejakiego Nyami-nyami – boga rzeki mającego kształt węża z głową ryby. Aby zyskać sobie jego protekcję, noszono na szyjach amulety – wyrzeźbione z bawolich rogów wizerunki Nyami-nyami.

Teraz to jedna z najpopularniejszych miejscowych pamiątek. Oprócz nich stragany zastawione są figurkami afrykańskich zwierząt z łatwego w obróbce kamienia mydlanego, jest też mnóstwo masek i etnicznej biżuterii. Po stronie Zimbabwe jako pamiątkę można kupić też... pieniądze. Dokładniej, inwestując jednego dolara amerykańskiego, można w sekundę stać się milionerem, czy nawet miliarderem! O co chodzi?

Niestety, Zimbabwe, kiedyś jeden z najbogatszych krajów Afryki, obecnie należy do grona najbiedniejszych. Jedną z przyczyn była hiperinflacja, do jakiej doprowadził kilka lat temu rządzący do tej pory prezydent, Robert Mugabe. W 2008 roku za trzy jajka płaciło się sto miliardów dolarów zimbabweńskich! Teraz obowiązującą walutą są już dolary USA, a stare, bezwartościowe banknoty miejscowi chłopcy sprzedają turystom. Kupuję niebieski, z napisem: sto tysięcy trylionów dolarów. Aż trudno mi uwierzyć: jedynka i czternaście zer! Na odwrocie bawół i widoczek z Wodospadami Wiktorii. A właśnie, dlaczego „Wodospady Wiktorii”?

Taką nazwę, na cześć rządzącej w XIX wieku brytyjskiej królowej, nadał w 1855 roku słynny szkocki misjonarz, a zarazem podróżnik, David Livingstone

Uznano go za pierwszego białego człowieka, który dotarł w te rejony, a że była to kolonia brytyjska, zadbano o należyte uhonorowanie odkrywcy. Upamiętniają go postawione na obydwu brzegach pomniki, a po stronie Zambii jest nawet miasto Livingstone, wyspa i pole golfowe jego imienia.

Ja od miast wolę wioski. Zwłaszcza że tutejsi mieszkańcy, choć bardzo biedni, są też bardzo gościnni. Chętnie zapraszają do chat i częstują swoimi przysmakami. Jednym z nich są... larwy. Kto nie przepada za ich wersją „prosto z drzewa” (czyli w postaci wciąż żywej), może spróbować larwy gotowane albo suszone (na półkach lokalnych supermarketów torebki z nimi stoją obok chipsów).

A może chcemy lokalnego cukierka? Nie ma sprawy. Umorusany chłopczyk podaje mi obtoczone lukrem nasionka baobabów. Są bardzo kwaśne i nie należy ich gryźć, trzeba tylko possać i wypluć. To dla miejscowych naturalne źródło witaminy C. Baobabów rośnie tu sporo, w tym jeden, zwany Big Tree, z obwodem pnia przekraczającym 20 metrów. Według lokalnych wierzeń lepiej nie zrywać ich kwiatów, bo za karę pożre nas wówczas lew.

Za to wypicie wody, w której zanurzone były nasiona baobabów może nas ustrzec przed atakiem krokodyla. W spokojnym nurcie Zambezi, na odcinku do wodospadów, krokodyli jest mnóstwo (Big crocs! – ostrzegają miejscowi), ale poniżej kaskad (tam, gdzie odbywają się spływy) już ich nie ma, bo przeszkadza im zbyt szybki nurt. A może powód jest inny – nie chciały zadzierać z bogiem Nyami-nyami?

Jak dojechać?

Wyjazdy organizują m.in. biura z Polski. Ze względu na układ przelotów jest to punkt programu powiązany zwykle z objazdem RPA. Bilet wstępu do parku narodowego obejmującego wodospady: 30 USD od strony Zimbabwe (+ wiza 30 USD) i 20 USD od strony Zambii (+ wiza 20-50 USD).

Sporo ciekawostek na stronie po angielsku: www.victoriafalls-guide.net

Monika Witkowska

Świat & Ludzie

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.